|
Asfaltowa szosa zastąpiła tego lata wyboistą
żwirówkę biegnącą od asfaltowego traktu, łączącego Mrągowo z Rucianem – do
Krutyni. Położenie asfaltowej nawierzchni było dla uroczej miejscowości
wydarzeniem niebłahym. Samochody turystów częściej niż dotychczas zaczęły
zbaczać do Krutyni. Słowem: dalsze ożywienie ruchu turystycznego, tak
istotnego dla rozwoju wsi. Renesans Krutyni, to oczywiście nie tylko asfalt.
Dalsze dwa znamiona odrodzenia, to elektryfikacja wsi i uruchomienie Ośrodka
Wczasów Rodzinnych.
Bardzo pochlebnie o rzece przepływającej przez
wieś napisał Melchior Wańkowicz w książce „Na tropach Smętka”. Przecinamy
następnie całe jezioro wzdłuż – pisze Wańkowicz – by w jego
północno-wschodnim rogu wjechać na cudo szeroko renomowane w całych
Niemczech – na rzekę Krutynię, która jest uważana za najpiękniejszą partię
na całym Pojezierzu Mazurskim i w ogóle w Prusach Wschodnich i za jedną w
tym rodzaju w całych Niemczech. Dla polskiego kajakowca Krutynia jednak nie
jest jakąś nadzwyczajną rewelacją. Gdy weźmiemy wodę, szerokość i prąd
Czarnej Hańczy, dach zaś listowia nad tym Suchej Rzeczki, będziemy mieli
Krutynię, z tą różnicą, że jako szersza, nie może być tak doskonale
sklepiona, jak Sucha Rzeczka. Urok jednak absolutnego pustkowia jest na
Krutyńskim, może większy. Zaraz przy wjeździe z Jeziora Mokrego, siadł nam
barwny mentel (motyl) na dziobie, jakby podkreślając, że wjeżdzamy w jakieś
zaświecie. Ubogie margliny i koźliny (gatunek wierzb) po brzegach ustąpiły
miejsca delikatnym brzozom, nad brunatną, a przejrzystą wodą drgającym
rozchwieją drobnych listeczków. Na pewnym załomie rzeki, znienacka wpadamy
na wysoko wyniesiony taras na którym ustawiono barwne parasole. Niebawem
zajadamy lody i inne wykwintności ze świata zgniłej cywilizacji, słuchając
Warszawy przez radio, któreśmy wyjęli z kajaka....Po długim cytacie,
ciekawostka. Właściciel tarasu z barwnymi parasolami, pod którymi
dwadzieścia pare lat temu Wańkowicz jadł lody, jeszcze żyje i nadal mieszka
w Krutyni. Jego nazwisko brzmi Grodotzki.
Częstymi gośćmi Krutyni są literaci i
dziennikarze. Spędzali tu swój urlop m.in. Igor Newerly, Andrzej Jarecki,
Igor Sikirycki. W Krutyni napisał swoją książkę pt. „Jest dąb nad Mukrem”
Karol Małłek.
Dużą atrakcją Jeziora Krutyńskiego jest w tym
roku osiadła tam po raz pierwszy para łabędzi z czworgiem młodych.
Nieprzytulne na skutek mulistego dna i niedostępnych brzegów jezioro, dzięki
śnieżnobiałym, widocznym z daleka łabędziom, zyskuje dużo uroku. Królewskie
ptaki nie mają jednak spokoju na Krutyńskim i należy żywić obawę, że skoro
tylko podrośnie potomstwo ptaki opuszczą jezioro na zawsze. Dosłownie bez
przerwy łabędzie są przeganiane przez krążących po jeziorze kajakowiczów.
Miesięczne obserwacje wykazały, że w tej idiotycznej zabawie przodują
uczestnicy Ośrodka Wczasów Rodzinnych. Prośby i upomnienia dziennikarzy nie
przyniosły żadnego rezultatu. Estetyczny wygląd Krutyni jest niekiedy
przedmiotem troski Gromadzkiej Rady Narodowej w Ukcie. Na pewno radni biorąc
pod uwagę, iż Krutynię odwiedzają zagraniczni turyści, doszli do wniosku, że
wokół szkoły winien stanąć reprezentacyjny płot. Wniosek uznano za
uzasadniony i poważny i natychmiast przystąpiono do jego realizacji. Wokół
szkoły stanął płot – straszydło. Ogrodzenie wykonano z drucianej siatki i
słupów z różnych starych płotów, a więc ze słupów o różnej wysokości, różnej
grubości i różnych, zbędnych przy drucianym płocie, nacięciach.
Fabryczką oranżady także może poszczycić się
Krutynia. Jej właścicielem jest mieszkający na krańcu wsi Konachowicz. W
czasie upałów konsumenci byli zdania, iż napój Konachowicza jest doskonały.
Co najważniejsze, krutyńskiej oranżady nigdy nie brakuje ani w miejscowym
sklepie GS, ani w gospodzie.
Grodotzki
mieszka wraz z sędziwą matką w jednym
ze swoich domów. Spore budynki wraz z nadrzecznymi tarasami i salą taneczną
wydzierżawił Związkowi Zawodowemu Pracowników Przemysłu Terenowego i
Rzemiosła, który w nich oraz w kilkunastu specjalnie wzniesionych małych
domkach urządził Ośrodek Wczasów Rodzinnych. Grodotzki, mimo podeszłego
wieku, jest człowiekiem rześkim i zdrowym. Osobiście uważa, iż zawdzięcza to
systematycznej jeździe na rowerze. Pozostałością dawnego bogactwa i
dostojeństwa są cygara, które pali po dziś dzień. Ostatnio Grodotzki często
chodził po wsi zdenerwowany i prowadził z napotkanymi mieszkańcami głośne
rozmowy. Oburzało go marnotrawstwo i niedbalstwo, jakie towarzyszyły
remontowi jego budynków oraz urządzeniu otoczenia.
Handel
mięsem w Krutyni nie istnieje. W mięso i
wędliny można się zaopatrzyć (i to często tylko teoretycznie!) raz w
tygodniu (we czwartki) w odległej o 6 km Ukcie.
Jeszcze gorzej z rybami. Chociaż wieś przecina rzeka i w pobliżu znajduje
się kilka jezior, ryb nigdzie nie można kupić. Dziwny paradoks: walczymy z
kłusownictwem, a jednocześnie nie zakładamy, iż ludziom mieszkającym w
pobliżu rzek i jezior nie trzeba sprzedawać ryb, bo i tak je mają.
Ignacy Wirski, naczelny redaktor "Głosu
Olsztyńskiego" oraz autor niniejszych notatek należeli do tych nielicznych,
którzy nie narzekali na brak ryb. Pierwszy w 14 dniach lipca złowił na
spinning na Jeziorze Krutyńskim 18 szczupaków, a drugi wędką kilkanaście
płotek i gołymi rękami sześć miętusów.
Jeszcze
wiele trzeba by zrobić, by Krutynia
stała się naprawdę miejscowością wczasowo - turystyczną. Kiedyś las
otaczający rzekę na odcinku między Jeziorem Krutyńskim a wsią był parkiem
dla spacerowiczów. Biegnące po obu stronach rzeki ścieżki były
systematycznie oczyszczane. Wzdłuż nich stały ławki, umożliwiające
odpoczynek. Oba brzegi łączyły wąskie, przeznaczone wyłącznie dla pieszych,
mostki z ciosanych belek. Były także tak zwane mostki kacze, sięgające tylko
do środka rzeki, umożliwiające plażowanie nad wodą, wśród trzcin i szuwarów.
Obecnie po mostkach zostały tylko wspomnienia i żałosne kikuty wyzierające
spód wody. Ścieżki wzdłuż rzeki zarosły i są zawalone olbrzymimi dębami. O
ławkach krutynianie i wczasowicze nawet nie marzą.
Krutynia
jest rzeką czystą i płytką, bez wirów
i mułu. Jest więc doskonałym miejscem kąpieli dla dzieci i nie umiejących
pływać. Kiedyś wybrane odcinki w pobliżu wsi były oczyszczane z zielska i
kamieni. Dziś zielsko dorasta do poziomu wody, a kamienie, szkło i puszki po
konserwach czyhają na nogi łaknących kąpieli.
Lubimy
patrzeć na zgrabne i piękne kobiety.
Dlatego też myślę, że nikogo nie powinno oburzać, gdy w miejscowościach
wczasowych niewiasty spacerują w niezwykle skromnych szatach. Nie wydaje się
nawet dziwne, iż biwakujące wzdłuż Jeziora Mokrego samotne pary chodzą
zupełnie nago. O ile się to komuś nie podoba, może przecież dalekim kołem
obejść miejsce biwakowania samotnych. Gorzej, gdy na obiad do gospody
przyjeżdża pani w slipach i z trzycentymetrową przepaską na piersiach. A
zdarza się to bardzo często. Zarządzenie kierownika gospody nie zezwalające
na spożywanie posiłków w strojach kąpielowych jest bezradne upalne dni
schody prowadzące do sklepu GS zalegane były przez dzieci pijące oranżadę
(czerwone piwo!)
Pijaństwo jest także plagą Krutyni. Piją przede wszystkim miejscowi i
robotnicy z ośrodka. W soboty i niedziele przybywają tu także na rowerach i
motocyklach mieszkańcy sąsiednich wsi. Wieczorami rozbrzmiewają pijackie
ryki i płacz szarpiących się z pijakami żon. Jest to niepokojące choćby
dlatego, że do Krutyni, pozbawionej lokali tanecznych i kawiarni,
przyjeżdżają na ogół wczasowicze spragnieni odpoczynku i spokoju (mowa o
tych, którzy mieszkają prywatnie we wsi). Czy więc nie można by miejscowej
gospody zamiast o godzinie 22, zamykać o 19 czy 20, by choć w późnych
godzinach wieczornych zapewnić wsi ciszę i spokój?
Uznanie u wczasowiczów i miejscowej ludności
zyskała sobie krutyńska piekarnia. Tak smacznym pieczywem, jakie się tu
wypieka, nie mogą się nawet poszczycić piekarnie Olsztyna. A więc uwaga
kajakowicze przepływający przez Krutynię zaopatrujcie się tu w pieczywo.
Krutyńskie bułki są tak dobre, że można je jeść nawet bez masła, którego
nieraz brak w miejscowym sklepie GS.
|